Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 marca 2020

"Paradoks kłamcy" Michał Kuzborski


Rzadko ostatnio czytam literaturę sensacyjną. Nie lubię też sięgać po rodzimych autorów, a w szczególności autorki, które sprawiły mi już nie jeden zawód czytelniczy. Jednak promocja książki "Paradoks kłamcy" została tak genialnie przeprowadzona, że bez wahania poprosiłam o egzemplarz recenzencki. 

Specjalista od PRu, adwokat, który do celu dąży jak czołg (po zasiekach, okopach i trupach), biznesmen, na którego dybią francuskie szuje wraz z naszymi lokalnymi napakowanymi mafiozami. Brzmi ciekawie, zapowiada się interesująco.

W miarę postępów czytania i poznawania wszystkich postaci tej historii, przestawałam mieć wątpliwości, że mecenas Żabota to jedyny bohater czynnie zaangażowany w marketing tej książki. Pomysł z filmem musiał wykluć się w głowie kogoś, kto umie wodzić za nos biedne naiwne owieczki. S. - tylko on był w stanie tak zagrać na emocjach, ambicji i ciekawości recenzentów.

A tak na serio, to dzięki tej perfidnie uknutej promocji, trafiła mi się bardzo fajna książka o czytania. Nie jestem w stanie porównać jej do innych tego typu pozycji, gdyż po prostu nie zgłębiłam gatunku jak dotąd. Ale cenię sobie w powieściach innowacyjność, a ta siłą rzeczy dla mnie taka była. Lubię dobrze rozrysowanych bohaterów, a to Michał Kuzborski zrobił wręcz genialnie. Nie potrafię stwierdzić, kto jest moim ulubieńcem, wszyscy są autentyczni w swoich zachowaniach, twardzi, choć dający się ponieść emocjom, inteligentni, elokwentni (no może dwa ostatnie to jednak nie wszyscy;) ). Fabuła jest wartka i ani na chwilę nie wieje nudą. Przed przesytem intryg biznesowych i porachunków mafijnych chronią nas krótkie, lecz również ciekawe wstawki z życia osobistego głównego bohatera. 

Ależ słodzę tu dzisiaj. Spytacie więc może czy książka ma wady. Żeby nie było zbyt lukrowo i sielankowo. No może i ma. Dla mnie wadą był zbytni dramatyzm na zakończenie. Przez chwilę czułam się jakbym czytała o przygodach Jamesa Bonda, a nie pijar-owca z Wrocławia, ale może tego wymagała sytuacja. Nie wyobrażam sobie jak inaczej można byłoby rozwiązać ten węzeł gordyjski, który zamotał autor.

Na milion procent przeczytam kontynuacje. I Żabota już wcale nie będzie musiał mnie do tego przekonywać. Wiem że zabawa szykuje się przednia. 

czwartek, 12 września 2019

"Pilny na tropie. Skarb Getta" Adam Michejda


Myślałam, że teraz już się nie pisze takich książek. Że młodzież do szczęścia potrzebuje przynajmniej czarodzieja, dystopię, lub chociaż traumę związaną ze śmiercią jednego z rodziców.

Adam Michejda jednak bardzo miło mnie zaskoczył. Napisał książkę przygodową w stylu dawnych historii o Panu Samochodziku, w której niebezpieczne sytuacje mieszą się solidną dawką wiedzy historycznej dotyczącej wojennej Warszawy.

David mieszkający w Nowym Jorku dostaje w testamencie od swojego dziadka dziennik, będący wspomnieniami z Getta Warszawskiego. Wraz ze szkolnym przyjacielem Maxem i jego ojcem (narratorem książki, tytułowym Pilnym) wyrusza do Polski, aby odnaleźć skarb, o którym dziadek wspomina w swoim pamiętniku. Po piętach będą im jednak deptać wysłannicy pewnego biznesmena, który też ma ochotę zdobyć drogocenne kosztowności.

Dużo ciekawostek kryje się na stronach tej książki. Podane są one młodemu czytelnikowi w sposób, który ciekawi a nie nuży. A mogą okazać się bardzo przydatne na nie jednej szkolnej lekcji.

Drugą ważną kwestią, jaką porusza Michejda jest sprawa polsko-żydowska. Przypomina on współczesnemu pokoleniu, że przedstawiciele tych dwóch kultur przez lata współżyli ze sobą w naszym kraju, nawzajem się wspierali i niejednokrotnie zawierali bliskie przyjaźnie, nie zważając na wielką politykę.

Dużo dobrego niesie ze sobą ta książka. Z czystym sercem polecę ją każdemu czytelnikowi i temu młodemu i temu starszemu również. Dobra zabawa, konkretna wiedza i jeszcze przesłanie moralne. 

Z niecierpliwością czekam na kolejne przygody Pilnego. Mam nadzieję, że takie nastąpią.

czwartek, 18 stycznia 2018

"Stało się" Magdalena Kuydowicz


Po książkę sięgnęłam dzięki zachęcającemu porównaniu jej do prozy Joanny Chmielewskiej jednej z moich ulubionych autorek z czasów młodzieńczych. Czy autorce - dziennikarce z zawodu udało się dorównać prawdziwej mistrzyni? Zarz wam wszystko opiszę.

Bohaterką powieści, a dokładnej  - jak głosi okładka - komedii kryminalne, jest Matylda, dziennikarka pracująca w kameralnej agencji. Poznajemy ją w chwili, gdy dowiaduje się, że jej kochanek zginął w wypadku samochodowym. Załamana dziewczyna, na domiar złego nękana jest przez żonę mężczyzny, która obawia się, iż Matylda otrzyma spadek po zmarłym. 

Wraz z przyjaciółką i poznanym niedawno detektywem, Mati udaje się do Mielenka, aby przy okazji wczasów odchudzających, zbadać sprawę śmierci ukochanego, odwiedzić jego dom letniskowy, a także zebrać materiały do reportażu o znanym polityku. Spawa zaczyna być coraz bardziej poważna, gdy okazuje się, że w spalonym samochodzie Zbyszka odnaleziono nie jego ciało, a w trakcie wczasów Matyldy dochodzi do morderstwa.

A więc jak z tym porównaniem do Joanny Chmielewskiej? Przede wszystkim muszę zwrócić uwagę na klimat książki. Idealnie autorce udało się odtworzyć tak dobrze mi znane zabieganie, nie zawsze kontrolowany chaos, ironiczny stosunek do poważnych wydarzeń oraz lekkość i humor. Pióro Kuydowicz ma bardzo sprawne i fantastycznie opisuje rozgrywające się wydarzenia.

Jednak mam jedno całkiem spore "ale" co do tej książki. Kwestia wątku kryminalnego wydaje mi się mocno niedopracowana. Cała intryga jest bardzo niewiarygodna. Wydarzenia nie do końca są składne i nie wszystkie tworzą logiczną całość. Często bohaterowie działają w sposób, który akurat autorce był potrzebny do rozwoju akcji, ale nijak nie można go racjonalnie wytłumaczyć. 

Widzę olbrzymi potencjał w autorce. Myślę, że może ona zostać godną następczynią Pani Joanny. Jednak kolejne przygodny Matyldy, a nie wątpię, że takie Magdalena Kuydowicz ma w planach, powinny zostać bardziej przemyślane.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

"Pani mi mówi niemożliwe. Najpiękniejsze wiersze i piosenki" Marek Grechuta


Piosenki Marka Grechuty uwielbiam od lat. Dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok tej książki. Możliwość  pochylenia się nad tekstami utworów, które często bez głębszego zrozumienia słucham z płyt, to nie lada gratka dla takiego fana muzyki jak ja.

Zbiór "Pani mi mówi niemożliwe" to bardzo obszerna publikacja, zawierająca dziesiątki utworów Grechuty. Mamy tutaj do czynienia nie tylko z tekstami jego powszechnie znanych piosenek, takich jak "Dnia, których nie znamy", "Będziesz moją panią"; ale też z wierszami, które nigdy nie zyskały oprawy muzycznej, więc są stosunkowo mało znane. Grechuta dzięki swojej poezji jawi nam się jako człowiek bardzo wszechstronny. W książce znajdujemy wiersze inspirowane twórczością Władysława Hasiora; napisane pod wpływem znanych obrazów prawdziwych mistrzów malarstwa - Pablo Picasso, Henri de Toulouse-Lautrec, czy Vincent van Ghog; utwory poświęcone dyscyplinom sportowym; jak również ulubionym miastom artysty takim jak: Kraków, Zamość, Kazimierz Dolny.

Poezja marka Grechuty, zwłaszcza ta mniej znana, nie jest tak bardzo łatwa w odbiorze. Autor bardzo oszczędnie używał znaków interpunkcyjnych, co nie ułatwia czytania jego utworów. Część jego wierszy jest bardzo liryczna, nostalgiczna, inne natomiast dziwnie trącą realizmem. Warto jednak zapoznać się z tym zbiorem. Spojrzeć na artystę z innej, mniej znanej strony. 

Na koniec tylko jeszcze podzielę się z wami małą anegdotą. "Pani mi mów niemożliwe" to pierwszy zbiór wierszy, jaki miałam okazję czytać przy użyciu czytnika. Jako osoba lubiąca wygodę, ustawiony mam stosunkowo duży rozmiar czcionki, który w przypadku wierszy zupełni mi się nie sprawdził. Niestety, na to że nie widzę rzeczywistej długości wersu, wpadłam dopiero tak w okolicach 20% książki. Wcześniej i tak nie łatwe do zinterpretowania przez brak interpunkcji utwory, stały się dla mnie jeszcze trudniejsze. Z wielką ulgą odkryłam swój błąd i mogłam już w pełni cieszyć się lekturą.

poniedziałek, 6 marca 2017

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk


Zrobiło się ostatnio głośno o tej książce, a to za sprawą jej ekranizacji, nakręconej przez Agnieszkę Holland pod tytułem "Pokot". Z plakatów filmowych spogląda na nas pół pies, pół wilk, przykuwając uwagę i budząc niemały niepokój. Dlaczego właśnie taki plakat? Po przeczytaniu książki tak na prawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Janina Duszejko żyje samotnie na płaskowyżu rozciągającym  się powyżej Kłodzka. Śmierć jednego z jej dwóch sąsiadów rozpoczyna cykl niezwykłych zdarzeń. W okolicy giną kolejni mężczyźni. A pani Duszejko ma swoją niecodzienną teorię na temat rozgrywających się wydarzeń. Dzięki umiejętności stawiana horoskopów, wysnuła ona teorię, że za wszystkie śmierci odpowiedzialnie są zwierzęta, które mszczą się na kłusownikach i myśliwych.

Pod względem kryminalnym historia stworzona przez Tokarczuk jest wręcz genialna. Do samego końca nie spodziewałam się takiego rozwiązania, jakie zgotowała nam autorka. Co prawda, nie bardzo  w ogóle szukałam mordercy. Tokarczuk odciąga czytelnika od wątku kryminalnego licznymi dygresjami dotyczącymi horoskopów, poezji Blake'a, Dolegliwości głównej bohaterki. Dzięki temu jesteśmy tak samo skołowani jak policja prowadząca śledztwo. Wcale nie spodziewamy się tego, że tajemnica kiedyś zostanie rozwiązana.

Ale właśnie te dygresje, tworzą drugą warstwę książki, która wysuwa się na jej czoło, sprawiając że wcale nie mamy do czynienia ze zwykłym kryminałem. Są tutaj rozważania filozoficzne dotyczące miejsca zwierząt w świecie zdominowanym przez człowieka. Obrona prawa do godnego życia każdego oddychającego stworzenia. Momentami Tokarczuk popada w fanatyzm ekologiczny, który wcale nie jest tak bardzo mi bliski. Nie jestem w stanie do końca utożsamić się z panią Duszejko, gdyż, choć budzi on wiele sympatii, wygaduje czasem zbyt wiele niedorzeczności. Zastanawiam się, czy to zabieg celowy? Czy może faktycznie autorka podziela opinię postaci którą stworzyła? 

Ja jestem raczej racjonalistą w kwestii ochrony natury. Jak najbardziej ją popieram, ale nie kosztem istnienia człowieka. Dlatego też pod tym względem książka nie do końca do mnie przemówiła. Ale myślę że dla każdego wojującego ekologa, może to być dzieło pod każdym względem doskonałe.

piątek, 10 lutego 2017

"Igraszki z losem" Agata Kołakowska


Z autorką spotkałam się już wcześniej, za sprawą jej powieści "Niewypowiedziane słowa". Tym razem mamy do czynienia z książką bardziej obyczajową - niewiele w niej o miłości, więcej o samotności, rozczarowaniu i smutnej codzienności.

Leszek prowadzi wraz z matką mały sklepik z pieczywem i ciastkami położony na hali targowej. Jego życie uczuciowe legło w gruzach kilka lat wcześniej, wraz z odejściem Magdy. Nie czuje się spełniony zawodowo, żyje samotnie i nie widzi sposobu, na to aby zmienić swoją egzystencję. Gdy pewnego dnia cygana wróży mu, iż ma moc przemieniania losu innych, jego myśli zaczynają krążyć wokół kilku kobiet z jego otoczenia, którym jak dotąd nie wiodło się najlepiej. Jak potoczą się dalsze losy Mirelli, Ady i Ireny, o które Leszek postanowił zadbać dzięki swojemu darowi? Zobaczcie sami, ale powiem wam, że autorka wcale nie idzie na łatwiznę.

Wydawałoby się, że jest to książka dotknięta realizmem magicznym - wszak mamy tutaj przepowiednie, mamy cudowny dar, a wszystko to w scenerii najzwyklejszego polskiego miasta. Niestety to wcale nie ten gatunek. Ta odrobina magii opisana w książce jest tak bardzo pozbawiona tajemniczości i czaru, jest zupełnie zwyczajna i prozaiczna. Nie wiąże się z żadnym rytuałem, nie ma gromów z nieba, Leszek nie jest też wcale nikim wyjątkowym. Jest to tylko zabieg literacki, który ma na celu podkreślić jak pokrętne bywają ludzkie losy.

Wszystkie opisane w książce historie są bardzo ciekawe. Do samego końca nie jesteśmy pewni jak zakończą się losy trzech bohaterek i Leszka. Ich perypetie choć tak zwyczajne, że mogłyby się wydarzyć w sąsiedztwie  każdego z nas, budzą zainteresowanie. Postacie są bardzo plastycznie przedstawione, dlatego też pomimo, że każda z kobiet jest zupełnie inna, kibicujemy im wiernie, w ich zmaganiach z problemami.

Niewątpliwie Agata Kołakowska pisze solidną literaturę obyczajową. Jednak jej niebanalne historię przepełnione są smutkiem i melancholią. Choć zawsze przebija przez nie promyczek nadziei, dla mnie to trochę za mało. W literaturze lubię oderwać się od codzienności, powędrować w zakątki nieznane i ekscytujące. Doznać emocji, które są dla mnie jedynie wspomnieniem. Poczuć coś niezwykłego. Tego w "Igraszkach losu" nie znalazłam. Ale dla wszystkich miłośniczek prawdziwych historii z życia wziętych ta książka to strzał w dziesiątkę

czwartek, 29 grudnia 2016

"Niewierni" Vincent V. Severski


Drugi tom cyklu "Nielegalni"

Znani nam już z pierwszego tomu bohaterowie pracujący dla polskiej Agencji Wywiadu muszą rozwiązać zagadkę tajemniczych spotkań Koreańczyków z Irlandczykami odbywających się na terenie naszego kraju. W międzyczasie trwa obława na Karola Hammonda, z którym również spotkaliśmy się w pierwszej części, a który to obecnie stanie się spoiwem całej historii.

Tak jak w pierwszej z książek cyklu, mamy tutaj kilka wątków, z pozoru od siebie w zupełności oderwanych, które zbliżają się do siebie w miarę rozwoju akcji. Fabuła jest bardzo dynamiczna, a wydarzenia rozgrywają się w wielu, czasem bardzo od siebie odległych miejscach: Austria, Szwecja, Rosja, Litwa no i oczywiście Polska. Wydawałoby się, że przy takim rozmachu nie będzie nudy. Niestety autor ma swoje przydługie momenty.

W przypadku "Niewiernych", tak jak sam tytuł wskazuje, warstwa psychologiczna książki to przede wszystkim rozważania na temat fanatyzmu religijnego i motywach postępowania współczesnych muzułmańskich terrorystów. Dla mnie osobiście znacznie ciekawsze były kwestie dotyczące nielegałów, które Severski poruszył w pierwszym tomie, choć trzeba przyznać że "Niewierni" są znacznie bardziej na czasie. Jednak ja nie potrafię utożsamić się ze sposobem myślenia opisanych w książce ludzi, nie mam takich jak oni poglądów, nawet nie potrafię wywołać w sobie odrobiny empatii w stosunku do nich. I choć autor starał się bardzo być obiektywnym i opisać w stu procentach oddanego sprawie Karola jako osobę która można polubić, czy nawet szanować, ja nie czułam się dobrze z tym wątkiem.

Zapewne dlatego też odebrałam tę książkę jako nieco słabszą niż "Nielegalni". Teraz przede mną "Nieśmiertelni", a następnie czwarta - ostatnia część: "Niepokorni", która wyszła w ubiegłym miesiącu. Podobno obie bardzo dobre. Więc szkoda czasu dalsze rozważania. Zabieram się za czytanie.

niedziela, 24 lipca 2016

"Japoński kochanek" Izabel Allende


Po literaturę pisaną przez autorów rodem z Ameryki Południowej zawsze sięgam z wielkim zapałem. Izabel Allende znam z jej doskonałej powieści "Dom duchów". Dlatego też, lekturę "Japońskiego kochanka" rozpoczęłam z wielkimi nadziejami na to, że czeka mnie uczta czytelnicza.

W domu spokojnej starości pracę rozpoczyna Irina Bazili, emigrantka z  Mołdawii - młoda dziewczyna, która wiedzie podejrzanie samotne życie. Swoim ujmującym charakterem szybko podbija serca pensjonariuszy, a zwłaszcza Almy Belasco - zamożnej damy, która w Lark House zamyka się dobrowolnie, uciekając przed życiem, które wiodła do tej pory. Irina wkrótce zostaje osobistą asystentką Almy i wraz z jej wnukiem Sethem, będzie zgłębiać przeszłość swojej chlebodawczyni.

Początek książki był na prawdę bardzo obiecujący. Część wprowadzającą czytało mi się płynnie i z przyjemnością. Schody rozpoczęły się w chwili, gdy autorka wprowadza do fabuły retrospekcje z życia Almy Belasco. Nagle ze Stanów Zjednoczonych dwudziestego pierwszego wieku, przenosimy się do Warszawy roku 1939. A następnie podążamy historiami z życia Almy, przeplatanymi rozdziałami dziejącymi się współcześnie. Nie byłby to wcale taki zły zabieg stylistyczny, gdyby autorka nie przedobrzyła z ilością tematów, które poruszyła w tak krótkiej (raptem 300 stron) książce.

Momentami, czytając czułam się jakbym oglądała miks reportaży z telewizji śniadaniowej. Krótkie, pobieżnie poruszenie całkiem poważnego problemu i lecimy dalej, gdyż tak wiele jest jeszcze do powiedzenia. Holocaust Żydów w trakcie II Wojny Światowej, internowanie ludności Japońskiej mieszkającej w USA po ataku na Pearl Harbor, związki pomiędzy przedstawicielami różnych ras widziane z perspektywy lat pięćdziesiątych XX w., homoseksualizmy w tym samym czasie wydarzeń,  pedofilia i wykorzystywanie nieletnich do kręcenia filmów pornograficznych, bieda w republikach powstałych po rozpadzie Związku Radzieckiego, a nawet adopcja zwierząt, które w przeszłości były poddane bestialskiemu traktowaniu - a zapewniam was, że to nie wszystkie ważne tematy, które autorka wspomniała w "Japońskim kochanku". 

Każda z poruszonych kwestii mogłaby być podstawą do napisania osobnej powieści, a Allende jak wcześniej już pisałam pobieżnie wspomniała o niej w książeczce, którą na dobrą sprawę można byłoby przeczytać w dwa popołudnia. I pomimo tego, że tak doświadczona jak ona autorka stylem i konstrukcją nie zawodzi wiernych swoich czytelników,  tak fabuła "Japońskiego kochanka" jest mocno rozczarowująca. 

poniedziałek, 9 maja 2016

"Nielegalni" Vincent V. Severski


Każdy chłopczyk, w pewnym wieku marzy o tym, aby zostać szpiegiem. Dzieje się to tak mniej więcej po etapie strażaka, a przed etapem lekarza ginekologa. Życie pełne przygód, szybkich samochodów, pięknych kobiet, noży ukrytych w butach i wybuchających długopisów - takie wyobrażenie tej branży mamy dzięki kultowemu cyklowi filmów o Jamesie Bondzie.

Vincent V. Severski burzy nam jednak ten wspaniały wyimaginowany świat. Przedstawia on życie szpiega jako ciężką pracę, ciągłe zmaganie się ze sobą, pozostawanie w pełnej gotowości.

Początkowo wydaje się, że mamy do czynienia z kilkoma osobnymi wątkami, które jedynie luźno łączą się ze sobą tematem wywiadu zagranicznego. Jednak czym głębiej wkraczamy w poszczególne historie, okazuje się, że zbliżają się one do siebie, aż w pewnym momencie wszystko ułoży się jak układanka, w niezwykle interesujący obraz. Do czynienia mamy z tajemnicą z okresu drugiej wojny światowej, ukrytą w zaginionych aktach NKWD. Kolejny wątek to historia rosyjskiego nielegała działającego w Szwecji - osiemdziesięciolatka, który całe swoje życie poświęcił działalności szpiegowskiej. Mamy też delikatne liźniecie sytuacji politycznej w Polsce, przez pryzmat sumienia oddanego sprawie oficera. Co najważniejsze żaden z tematów nie został potraktowany zbyt lekko. Autor bardzo poważnie podszedł do zagadnień, z pełnym profesjonalizmem opisując przedstawione wydarzenia. Nie znajdziemy więc w książce błaznowania w stylu amerykańskich superprodukcji, nie ma bijatyk na pięści, nie ma dramatycznych pościgów, nie ma mrożących krew w żyłach scen. Jest tylko twarda rzeczywistość - przepełniona rutyną i ciągłą koncentracją.

Moją uwagę przykuł przede wszystkim wątek tytułowych nielegalnych. Chodzi tutaj o oficerów, przebywający incognito w kraju inwigilowanym, którzy mają za zadanie wtopić się miejscowe służby administracyjne, w celu wykonywania zadań specjalnych dla swojego wywiadu. W powieści Severskiego mamy do czynienia z dwoma nielegalnymi. Pierwszy z nich to wspomniany już  wyżej Hans - Szwed, który tak na prawdę urodził się pod Grodnem i jeszcze jako dziecko został zwerbowany przez Rosjan do specjalnej jednostki, która wyszkoliła go na perfekcyjnego szpiega. Swoją działalność prowadzi on niewykryty już ponad pięćdziesiąt lat i mimo swojego wieku, ciągle pozostaje w czynnej służbie. Żyje w Szwecji jako pozornie zwykły obywatel - żona, syn, domek letniskowy, tragedia choroby, a wszystko to, grubą kreską oddzielone od sporządzania fałszywych dokumentów, obsługiwania skrytek, przekazywania tajnych informacji. Jest to człowiek, który zatracił się już w swojej roli. Czy ciągle jest tym kim był na początku? Czy jego szwedzka tożsamość nie stała się tą prawdziwą dla niego? W takim przypadku nie byłby on już nielegałem, a zwykłym zdrajcą swojej ojczyzny. A co z wiernością do osób jemu najbliższych - żony, która nigdy nie dowiedziała się czym tak na prawdę zajmuje się jej mąż i syna, którego zawód pozostaje ewidentnie w sprzeczności interesów z działalnością ojca?

Drugi nielegalny to Igor - Polak, przebywający na Białorisu. Tutaj mamy do czynienia z nieco odmienną sytuacją. Mężczyzna ten nie identyfikuje się w pełni ze swoją fałszywą tożsamością. W Warszawie pozostawił rodzinę, dziewczynę, do których tęskni i do których ma nadzieję wkrótce wrócić. Jest on mniej wiarygodny przez to w swojej roli, ale za to bardziej ludzki. Pozostaje tym kim się urodził, nie zatraca się, nie budzi we mnie tyle niepokoju co do słuszności postępowania. On do końca pozostaje wierny idei dla której pracuje, jednocześnie pozostając wiernym sobie.

Hans przekroczył pewną granicę. W pewnym sensie zdradził swoją misję, pozwalając aby fałszywa tożsamość przejęła kontrolę nad jego życiem. Uczucia względem żony i dziecka uczyniły go zdrajcą. Zdrajcą swojego zadania, zdrajcą ukochanych mu osób i zdrajcą względem samego siebie - gdyż wzbudziły w nim wątpliwości co do słuszności swojego postępowania. Fakt, że jest on z natury dobrym człowiekiem sprawił, że bardziej surowo ocenia się jego postępowanie. Zapewne lepiej by było, gdyby pozostał obojętny dla wszystkiego co szwedzkie, ale czy wtedy byłby na tyle wiarygodny, aby tak długo pozostawać niewykrytym?

Jestem pełna podziwu dla autora, który potrafił w stosunkowo prostych słowach, bez silenia się na psychoanalizę skłonić mnie, do tak intensywnego myślenia nad moralnością bohaterów. Jedno jest pewne. Nie potrafiłabym być nielegałem. Nie wyobrażam sobie życia w podwójnej moralności. Ale książkę uważam za bardzo dobrą. Niedługo zabieram się za dwa kolejne tomy. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję.


sobota, 16 kwietnia 2016

"Ritterowie. Rzecz o mazurskiej duszy" Patrycja Pelica


"Ritterowie" to nie jest książka do połknięcia w jeden wieczór. To powieść do powolnego czytania, rozsmakowywania się w niej, oraz do licznych do niej powrotów.  Nie można jej po prostu przeczytać i zapomnieć. Cząstka tej historii zostaje w pamięci na bardzo długo i dojrzewa w nas.

Jest rok 1920. Do niewielkiej miejscowości na Mazurach przybywa Martin, aby objąć posadę luterańskiego pastora. W taki sposób rozpoczyna się historia rodziny, którą blisko sto lat później poznawać będziemy wraz z praprawnuczką Martina i miejscowym bokserem. Z wnikliwością detektywów poznawać oni będą dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się w życiu dawno już zapomnianych postaci. Tragedia drugiej wojny światowej opisana zostanie z zupełnie nowego punktu widzenia - oczami tych, którzy nie są ani Niemcami, ani Polakami, którzy z ostracyzmem traktowani są przez każdą ze stron. Kolejne pokolenia i kolejne lata to ciągła walka o odnalezienie swojej tożsamości, to poszukiwanie, dążenie do niesprecyzowanego celu.

Książka napisana została w konwencji realizmu magicznego. Zabieg ten sprawił, że z pozoru prozaiczna historia nabrała znacznie głębszego znaczenia. Nic nie jest nam powiedziane wprost, emocje skrywają się za słowami, które płyną, meandrują, niespodziewanie wracają do nas pokilkakroć. Aby zrozumieć, musimy wzbudzić w sobie uczucia bohaterów, choć na chwilę stać się nimi, tak jak nimi staje się Marcin spisujący tę historię.

Gabriela Garcie Marqueza kocham miłością wielką. A jego "Sto lat samotności" to dla mnie kunszt jego geniuszu, dzieło niezrównane w swojej treści i formie. Dlatego też, mogłabym tutaj dokonywać dogłębnej analizy porównawczej między książką Pelicy, a powieścią noblisty. Nie będę jednak tego robić. Nie winię polskiej autorki za inspirowanie się kimś, kogo sama bardzo podziwiam, wręcz przeciwnie, doceniam to, że potrafiła typowy dla prozy ameryki południowej realizm magiczny zasiać na naszej polskiej ziemi.

Autorce niestety nie do końca udało się stworzenie atmosfery lekkości, tak charakterystycznej dla wybranej konwencji. Wydarzenia historyczne, które choć ulotne, co jakiś czas przytłaczają zarówno bohaterów jak i nas czytelników. Pelica nie nadała im pozoru nierzeczywistości, nie zaczarowała ich tak do końca, choć trzeba przyznać że się starała.

"Ritterów" czytałam stosunkowo długo. Wielokrotnie zatrzymywałam się, odkładałam lekturę na kilka dni, następnie wracałam do niej, nie tracąc w międzyczasie ani jednego słowa ze swej pamięci. To właśnie słowa odgrywają w niej pierwszoplanową rolę - nie obrazy nimi malowane. Urzekają swoją melodyjnością, powtórzeniami jak w słowach piosenki. Jako przykład zacytuję wam fragment, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. I zostawię was dziś właśnie ze słowami autorki, aby to one skłoniły was do sięgnięcia po tę książkę.

"Modlitwa snajpera

Stworzyłeś mnie człowiekiem, ale daj mi dziś słuchy zająca i oczy kota, co nie boją się dnia ani nocy, tak, oczy kota, gdy kładzie się w wysokich trawach,
bym trafił człowieka w biegu, jak trafia się gołębia w locie,
daj palcom wrażliwość, niech głaszczą cyngiel jak ciało kochanki
i niech nigdy nie odpoczywają.
Uczyń mnie podobnym murom i drzewom,
ucisz mój oddech i moje emocje, 
niech będą przedłużeniem mojej broni,
niech sam będę bronią,
a moje ciało niech nabierze twardości metalu.
Niech będę śmiercią, którą niosę.
..."



niedziela, 20 marca 2016

"Miłość w czasach zagłady" Hanni Munzer


O tragedii drugiej wojny światowej napisano już wiele książek. Wszystkie one mniej, lub bardziej, ale zawsze poruszają czytelnika. Wszak opisują wiele cierpienia - czasem przedstawiają prześladowania, czasem samą walkę, czasem ukazują dylematy moralne zabijających. Wydawałoby się, że w tym temacie nie można już napisać nic nowego.

Ale Hanni Munzer dotyka sprawy z troszkę innej strony. Snuć swoją opowieść rozpoczyna w czasach nam współczesnych. Przedstawia nam dwie kobiety: Felicity i Marthe - córkę i matkę, których życie nie układa się wzorcowo. Obie czują pustkę, której nie do końca rozumieją i nie potrafią się z nią pogodzić. Tak na prawdę nie wiedzą czego brak w ich życiu, ale jedno jest pewne  - nie ma między nimi silnej więzi emocjonalnej. Śmierć babki Felicity staje się początkiem drogi do prawdy, która zatarła się już w mrokach historii. Kobiety znajdują dziennik zmarłej, który spisany po hebrajsku skrywa dramatyczną historię jej rodziny. To dzięki niemu przenosimy się w czasie do lat dwudziestych ubiegłego wieku, do Niemiec, gdzie do władzy powoli dochodzi ruch faszystowski. Poznajemy historię małżeństwa Gustava Berchingera - lekarza pochodzenia żydowskiego i słynnej niemieckiej diwy Elizabeth Malpran. Ich szczęśliwe pożycie powoli zaczyna staczać się ku przepaści wraz  z dramatycznymi wydarzeniami, jakie rozgrywają się w latach poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej.

"Miłość w czasach zagłady" to przede wszystkim opowieść o kobietach. O ich sile i różnych obliczach walki. Mamy tutaj matkę, która wiele jest w stanie poświęcić dla dobra swoich dzieci, mamy naiwną siedemnastolatkę, która dopiero buduje swoje poglądy na świat ją otaczający, mamy kobietę- szpiega, która marząc o karierze aktorki, realizuje się udając próżną towarzyszkę niemieckich dygnitarzy. Każda z nich na swój własny sposób bierze udział w walkach na wojennych frontach. Elizabeth dowodzi obroną spokoju swojej rodziny, Deborah, kontynuuje zadanie rozpoczęte przez matkę, ale gdy spotyka Marlene, wraz z nią podejmuje walkę dla dobra uciśnionych.

Autorka wpadła na genialny pomysł, starając się ukazać jak daleko mogą sięgać skutki wojennego okrucieństwa. Szkoda tylko że nie poświęciła tej kwestii więcej miejsca. Główny trzon powieści to historia rozgrywająca się w latach trzydziestych. Historia ta jest wyjątkowo dramatyczna i przejmująca. Zwłaszcza, że widziana oczami kobiet, które na sprawy wielkiej polityki patrzą w zupełnie inny sposób niż zaangażowani w nią mężczyźni. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła perspektywa wpływu, jaki wywarły wydarzenia sprzed osiemdziesięciu lat na życie młodej kobiety współcześnie żyjącej w Stanach Zjednoczonych. Fakt, że decyzje prababki wpłynęły na osobowość Felicity, na jej umiejętność tworzenia zaangażowanego związku jest wyjątkowo ciekawym spojrzeniem na sprawę. 

Część opisanych wydarzeń rozgrywa się w okupowanym przez Niemców Krakowie. Bardzo interesującym było zobaczyć znane mi miejsca oczami niemieckich kobiet, żyjących dziesiątki lat temu. Dodało to lekturze dodatkowego smaczku, który bardzo przypadł mi do gustu.

Za możliwość recenzji dziękuję wydawnictwu Insignis.

piątek, 11 grudnia 2015

"Pokój dla artysty"



“A może byśmy tak, najmilszy, wpadli na dzień do Nałęczowa?” - tak parafrazuje piosenkę Ewy Demarczyk jedna z bohaterek “Domu dla artysty” i jest to doskonałe motto dla całej powieści. Wszak utwory Czarnej Madonny mają ten niesamowity - tajemniczy i lekko demoniczny klimat, który wyziera do nas z kart powieści napisanej przez Marię Ulatowską i Jacka Skowrońskiego.


W książce mamy wiele postaci i wiele wątków. Przeplatają się one ze sobą, łączą w zaskakujących zbiegach okoliczności, tworzą misterną sieć powiązań, która nie jest wcale łatwa do rozsupłania. Dwoje pisarzy, którzy sprzedają cały swój dobytek, aby kupić i odrestaurować willę w Nałęczowie i uczynić z niej Dom Pracy Twórczej dla artystów. “Stara” panna, która obawia się, że zaczyna zapadać na ciężki przypadek paranoi, policjant zmęczony swoją dotychczasową służbą, umierający staruszek o niechlubnej przeszłości, kloszard wydający ostatni grosz na kwiaty na grób córki - wszyscy bohaterowie “Pokoju dla artysty” są wyjątkowi. Każdy z osobna, ma swoją historię, która nie zostaje podana nam na tacy, tylko odkrywana jest przez autorów po troszeczkę, z każdym rozdziałem dowiadujemy się kolejnego malutkiego szczegółu, który idealnie wpasowuje się nam w skomplikowana układankę.


O czym właściwie jest ta powieść? Nie ma tematu przewodniego. Jest trochę wątków detektywistycznych, które okraszone są tajemniczymi wydarzeniami, z pozoru nie dającymi się w żaden sposób wyjaśnić. Jest trochę elementów obyczajowych - są prozaiczne zwykłe wydarzenia, z którymi muszą sobie radzić nasi bohaterowie, są też ich wielkie życiowe tragedie. Jest zagadka z przeszłości do rozwikłania i współczesne relacje damsko-męskie do zawiązania.


Autorzy niezwykle subtelnie prowadzą nas przez całą rozgrywająca się akcję. Nie bombardują wydarzeniami zapierającymi dech w piersiach, choć nie skąpią też śmiertelnych wypadków i morderstw. Wszystkie informacje podane są w niezwykle delikatny sposób, powodujący zaintrygowanie i wzbudzający wrażenie tajemniczości. Do samego końca czytelnik nie jest pewien, czy rozwiązanie zagadek będzie całkiem prozaiczne, czy może jednak we wszystko nie zostaną wplątane siły nadnaturalne,


Książkę czyta się niezwykle przyjemnie. Jest doskonale napisana. Chociaż wiele elementów wydaje się być całkiem nieistotnych dla całości fabuły, nie czujemy się nimi znudzeni. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością śledzimy wszystkie wydarzenia. Dzieje się tak za sprawą bohaterów, którzy są na tyle absorbujący, że chętnie śledzimy każdy ich krok. Szczerze polecam zarówno miłośnikom kryminałów, jak i powieści obyczajowych.

niedziela, 11 października 2015

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski


Z oglądania horrorów wyrosłam już dobre 5 lat temu, ale czytanie horrorów to dla mnie ciągle nowość. Kiedyś zaczęłam czytać "Lśnienie", ale ponieważ byłam świeżo po oglądaniu filmu, lektura nie wciągnęła mnie. Czytałam też "Metro 2033", które mroczną atmosferą wąskich podziemnych korytarzy przeraziło mnie bardzo skutecznie. A teraz sięgnęłam po "Domofon" i to było na prawdę coś.

Do bloku na Bródnie, zbudowanego z wielkiej płyty, jakże charakterystycznego dla krajobrazu polskich miast, wprowadza się młode małżeństwo - Agnieszka i Robert. Początek ich przygody z tym miejscem nie zapowiada się najlepiej, gdyż w chwili, gdy mają wnieść swoje pierwsze bagaże, dochodzi do makabrycznego wydarzenia. Jeden z lokatorów zostaje odnaleziony w windzie z odciętą głową. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek, albo niebywale drastyczne samobójstwo.

Kolejne miesiące, to czas zagęszczania się atmosfery, czas przerażających wizji, wzajemnych waśni, nocnych koszmarów. Poznając coraz to nowych mieszkańców bloku, zbliżamy się do momentu kulminacyjnego, którym staje się uwięzienie mieszkańców w feralnym budynku. Trojgu z nich: Agnieszce, Wiktorowi i Kamilowi przypadnie w udziale zgłębienie tajemnicy tego miejsca.

Książka jest świetnie napisana. Akcja toczy się klasycznie dla konwencji horroru - mocny początek, chwila pozornego wyciszenia, która tak naprawdę trzyma czytelnika w ciągłym napięciu, aż po zakończenie przepełnione traumatycznymi wydarzeniami. Aż się prosi, aby książka została sfilmowana. Najlepiej przez tajlandzkich twórców horrorów, którzy są w tej dziedzinie mistrzami.

Ciekawym rozwiązaniem stylistycznym są rozdziały pisane jako stenogramy z zasłyszanych rozmów naszych bohaterów. Początkowo możemy się jedynie domyślać co mają one oznaczać, ale mnie i tak rozwiązanie tej kwestii zaskoczyło.

Jedynym mankamentem jest brak rzetelnych odpowiedzi na wszystkie pytania, które narodziły się w trakcie zawiązywania się akcji, ale jak dla mnie to tylko szczegół, gdyż i tak autor rewelacyjnie połączył wszystkie wątki, a rozwiązanie zagadki było innowacyjne i nieprzewidywalne.

Książka jak najbardziej do polecenia. Zwłaszcza tym, którzy szukają w lekturze mocnych wrażeń.

wtorek, 22 września 2015

"Ekspozycja" Remigiusz Mróz


Pierwsze zdania "Ekspozycji" wybuchają w naszej głowie, sieją spustoszenie, urywają nam wszystkie członki, za pomocą których bylibyśmy w stanie wstać z fotela, kanapy, krzesła czy łóżka, aby odłożyć książkę. Pozostawiają nas z jednym, jedynym pytaniem święcącym na tle pustki naszych myśli: "Ale jak to?"

Na krzyżu który zna chyba każde dziecko w Polsce, który od lat niezmiennie jest symbolem naszej zimowej stolicy - Zakopanego, odnalezione zostaje rozpostarte nagie ciało mężczyzny. Nie ma żadnych śladów, aby ciało było uszkodzone, nie ma śladów walki, na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje, że nieszczęśnik sam zgotował sobie ten tragiczny los.

Dochodzenie prowadzi niepokorny komisarz Forst, który szybko odnajduje niezbity dowód, iż mamy do czynienia z morderstwem i to najprawdopodobniej z seryjnym zabójcą. Niestety nie dane mu będzie rozwikłać tej zagadki zgodnie z wszelkimi procedurami, gdyż zostaje odsunięty od śledztwa. Z pomocą popularnej dziennikarki telewizyjnej, podejmuje się podjąć śledztwo na własną rękę.

"Ekspozycja" w miarę rozwoju akcji nie obniża lotów. Szybka zmiana scenerii i jesteśmy w Krakowie, odnajdujemy kolejne poszlaki - wszystko sprawnie, logicznie i bez naciągania. Podążamy więc dalej w kierunku Białorusi, gdzie czekać ma na nas kolejna porcja niebywałych emocji. I tu zaczyna mi delikatnie rzednąć mina. Mróz zaczyna opisywać wydarzenia, które z powodzeniem mogłabym zobaczyć w amerykańskich filmach akcji i to nie koniecznie tych oscarowych. 

Gdy nasi bohaterowie zostają postawieni w sytuacji z pozoru bez wyjścia (mam tu na myśli rosyjskie więzienie o zaostrzonym rygorze), wiem że za chwilę rozstrzygnie się kwestia geniuszu Mroza. Albo uda mu się nas, czytelników zadziwić, zszokować i w sposób, który nikomu nawet nie zaświta w głowie wyciągnąć Forsta z tarapatów, albo schrzani całą koncepcję serwując nam niestrawny fragment pełen nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i  bijatyk w stylu "zabili go i uciekł". Niestety jak dla mnie do czynienia mamy z tym drugim rozwiązaniem. Powoli główny bohater zaczął jawić mi się jako nasz polski Steven Seagal, Jean Claude van Damme, lub nawet Chuck Norris. Nie zdziwię się bardzo, gdy za kilka miesięcy zobaczę go w reklamie popularnego banku. 

Pochwalić szczególnie muszę autora za niezmiennie wspaniały styl. Czyta się jego książki z zapartym tchem. Chociaż jak do tej pory znam jedynie "Kasację" i "Ekspozycję", nie zawiodłam się na żadnej z nich jeśli chodzi o dobra zabawę w trakcie lektury. Widać też ogrom pracy włożonej w tworzenie tej historii. Wiedza na temat prehistorycznych zwojów, a także ta z bliższej nam czasowo historii, podana jest czytelnikowi bardzo dokładnie i profesjonalnie. Książka inspiruje do zadanie wujkowi Google kilku konkretnych pytań, na które jego odpowiedzi nawet w połowie nie są tak dokładne, jak wyjaśnienia zawarte w "Ekspozycji".

Podsumowując, jestem rozdarta, niby świetna lektura, ale spodziewałam się czegoś więcej. Wydaje mi się, że w pewnym momencie tarapaty Forsta przerosły autora i musiał wymyślić coś, cokolwiek, aby dalej pisać. Ciekawa jestem czy sam jest zadowolony z tego nieszczęsnego fragmentu, który tak bardzo mnie rozczarował.

Całą książkę ratuje jeszcze ostatnia strona, która zmusiła mnie do tego, że sięgnę po tom drugi cyklu, gdy tylko się ukaże.

wtorek, 18 lutego 2014

"Pierścień Bolesława" Zbigniew Wojtyś

"Pierścień Bolesława" to druga pozycja z serii Zbigniewa Wojtysia "Aleksander Casey". Oceniana jest znacznie wyżej niż część pierwsza  - "Filatelista", ale według mnie tylko dlatego, że nie sięgnął po nią nikt, komu przygody Aleksandra Casey nie przypadły do gustu po pierwszym tomie.
Ja "Filatelisty" nie znałam i raczej nie będę się starała poznać. "Pierścień Bolesława" wystarczy mi na długo jako odskocznia od trudnej literatury.
Jest to historia pewnego bezrobotnego blogera, lubiącego wypić piwko, albo dwa, a nawet pięć, o nie szczególnej prezencji, nie szczególnie lotnego, posiadającego za to bardzo dziwną i nietypową wiedzę historyczną, którego kochają kobiety - wypisz wymaluj bohater filmów akcji z Nicolasem Cagem.
Fabuła powieści też przypomina hollywoodzką produkcję - dziwne zbiegi okoliczności, niespodziewane spotkania, piękne kobiety ubrane w skórzane kombinezony, dramatyczne sceny w deszczu - czego chcieć więcej?
Do tego obraz Poznania, w którym wszystkim żyje się źle, pełno tam bezdomnych, bezrobotnych, żebrzących dzieci, alkoholików w bramach i tym podobnych typów.
Wisienką na tym przekładańcu jest przyjaźń głównego  bohatera z trzynastoletnią dziewczynką, którą wszyscy dookoła uważają za niemoralną, natomiast sami zainteresowani widzą jak niewinne są ich relacje - co z tego, że opiekun kupuje jej kolorowe sukienki, daje jej pieniądze na wycieczki szkolne, udostępnia swoje mieszkanie żeby się wykąpała, a ona z wdzięczności siada mu na kolanach i całuje w policzek? Niby rzeczywiście nic takiego, ale skoro tak jest to dlaczego autor tyle razy podkreślił to, jak niesprawiedliwie bohaterowie są traktowani przez podejrzliwych sąsiadów.
Na obronę Wojtysia muszę mu przyznać że ma bardzo lekkie i przyjemne pióro. Czyta się go łatwo, szybko i z zaciekawienie. Historia też miała w sobie ogromny potencjał, niestety gdzieś po drodze autor pogubił się - nie podołał prowadzeniu rozwoju akcji, jak i również rozwiązaniu zagadki. Można w książce znaleźć też dużo ciekawostek historycznych, takie o których nie dowiemy się w szkolnych ławkach. Ale jak dla mnie to trochę za mało jak na tak grubą książkę.

środa, 4 grudnia 2013

"Janusz Żurakowski. Legenda przestworzy" Bill Zuk

Kim był Janusz Żurakowski? Do niedawna nie miałam bladego pojęcia. Jego uśmiechnięta twarz spoglądająca na mnie z okładki nie mówiła mi zupełnie nic, a jednak skusiła mnie do kupienia tej książki.
 Już raz dałam się nabrać na ładny uśmiech na okładce - ale to był uśmiech Johnnego Deepa - wtedy byłam zawiedziona... a tym razem jestem..... zachwycona.
Biografia Janusza Żurakowskiego napisana została przez kanadyjskiego historyka lotnictwa. Opowiada historię życia polskiego pilota, weterana II Wojny Światowej, który brał udział w Bitwie o Anglię. Pierwszym bardzo pozytywnym zaskoczeniem książki jest skrupulatność w przedstawieniu wydarzeń kampanii wrześniowej w Polsce. Czytając tę książkę poznawałam nowe fakty z tego jakże dokładnie przerabianego niegdyś w szkole okresu. Dalsze losy naszych żołnierzy przedstawione na przykładzie wędrówki Janusza Żurakowskiego do Francji nie są jedynie opisem jego drogi, lecz przedstawiają w szerszej perspektywie tułaczkę polskich lotników, którzy szukali możliwości do podjęcia ponownej walki z wrogiem.
Bardzo dokładnie została także przedstawiona historia słynnej Bitwy o Anglię - z wyraźnym uwypukleniem wkładu polskich dywizji w zwycięstwo lotnictwa alianckiego.
Po podpisaniu kapitulacji Niemiec wielu polskich żołnierzy walczących na zachodzie znalazło się w trudnej sytuacji - stała przed nimi konieczność wyboru pomiędzy emigracją a powrotem do uzależnionej od ZSRR Polski.
Janusz Żurakowski zdecydował się na ten pierwszy wariant i zamieszkał początkowo w Anglii a następnie w Kanadzie.
Przez długie lata pracował jako pilot oblatywacz. Był nie tylko pilotem doświadczalnym, ale również akrobatycznym. Jest twórcą figury w dyscyplinie akrobacji samolotowych nazwanej od jego nazwiska Zurabatic.
Znacząco zapisał się w historii nowożytnej Kanady - jako pierwszy pilot legendarnego samolotu Avro Arrow - naddźwiękowego myśliwca   przechwytującego.
Książka napisana jest w bardzo przystępny sposób. Z przyjemnością czytelnik śledzić może losy bohatera, zapominając nawet czasem iż jest to biografia a nie zapierająca dech w piersiach powieść.
 Polecam wszystkim miłośnikom historii, wielbicielom biografii, ale także każdemu, kto w książkach poszukuje nowego doświadczenia. Wszak niecodziennie można poznać losy słynnego pilota oblatywacza i powietrznego akrobaty.

wtorek, 21 lutego 2012

"Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej" Sławomir Koper

Zamiłowanie do historii żyje we mnie od dawna. Dlatego też lubię od czasu do czasu sięgnąć po książkę z tej dziedziny. Wszak wiedza zdobyta w szkole jest tylko zbiorem podstawowych informacji: wyliczanką dat, nazwisk i bitew. 
Sławomir Koper to ostatnio bardzo płodny autor, w 2011 roku wydał aż cztery pozycje. Jedną z nich jest właśnie " Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej"
Jest to zbiór esejów przedstawiających wydarzenia dwudziestolecia międzywojennego, którymi żyła opinia publiczna tamtych czasów. Autor wybrał  najbardziej spektakularne skandale, jednakże starał się nie powtarzać tematów już wcześniej opisanych w swoich książkach. 
I tak możemy głębiej zapoznać się z okolicznościami morderstwa prezydenta Narutowicza, z obyczajowym skandalem jakim było drugie małżeństwo prezydenta Mościckiego z kobietą o 29 lat od niego młodszą, z prowokującymi opinię publiczną poglądami Tadeusza Boya Żeleńskiego, czy do dziś nie przesądzoną sprawę morderczyni Gorgonowej.
Przeważają w książce tematy natury politycznej, zapewne z uwagi na wcześniejsze publikacje autora "Życie prywatne elit II Rzeczypospolitej" oraz "Życie prywatne elit artystycznych Drugiej Rzeczypospolitej". Czy eseje wyczerpują temat? Zapewne nie do końca. Wszak niektóre z poruszonych problemó są na tyle kontrowersyjne iż zasłużyć powinny na osobną książkę - chociażby sprawa Berezy Kartuskiej - polskiego obozu odosobnienia. Jednakże czytelnikom, którzy nie są wykształcenia historycznego dostarczają wielu ciekawych informacji. 
Książkę z czystym sercem polecam, jednakże wcale nie przyznaję jej najwyższych ocen. Jest po prostu dobra. Warto ją przeczytać, aby dowiedzieć się czegoś nowego, ale wypieków na twarzy nie przysparza.  

piątek, 27 stycznia 2012

"Pod mocnym aniołem" Jerzy Pilch

Piszę tego posta tylko z pobudek czystko archiwizacyjnych. "Pod mocnym aniołem" przeczytałam. Co o tej książce myślę? Nie wiem. Nie poruszyła mnie jakoś bardzo. Zapewne z powodu swojej tematyki, która nie dotyczy mnie bezpośrednio. Ciężko jest mi wzbudzić w sobie empatię do alkoholika leczącego się na oddziale deliryków. Zapewne dlatego też trudno było mi poświęcić się tej książce. Nie tylko ją przeczytać, ale też i przeżyć. 

Może w innych okolicznościach życiowych, gdybym nie miała w myślach tylko zbliżającego się nadejścia drugiego dziecka i nieustannej pogoni za pierwszym, więcej uwagi poświęciłabym na ten utwór Pilcha.

Tak, pozostaje mi tylko stwierdzić że książka jest w zasadzie dobra. Widać wyraźnie, że autor zna się na swoim zawodzie pisarza. A temat jest podobno mocno autobiograficzny, więc może warto zastanowić się głębiej nad tym co zostało w tym utworze zawarte. 

Ja zastanawiać będę się innym razem.

piątek, 20 stycznia 2012

"Anioły wokół głowy" Daniel Olbrychski

Męczyłam tę autobiografię Olbrychskiego blisko dwa miesiące. I niestety stwierdzić muszę że powinien on raczej pozostać aktorem. Chociaż napisana została wraz z dwoma profesjonalnymi  pisarzami zajmującymi się spisywaniem wspomnień - Jackiem Ziarno oraz Przemysławem Ćwiklińskim, książka nie zachwyca stylem. W dodatku wspomnienia, przemyślenia i wydarzenia opisane są w sposób nieco chaotyczny.

Olbrychski wspomina swoje życie od wczesnej młodości, kiedy to zaczynał swoją przygodę ze sportem oraz aktorstwem. Opisuje swoje pierwsze doświadczenia w teatrze, w telewizji oraz w filmie. Czytając o jego losach wydaje się, że nie ma niczego trudnego w rozpoczęciu wielkiej kariery. Na pewno Panu Danielowi pomógł talent, który zwrócił uwagę wybitnych polskich reżyserów, ale jak już rozpoczął pracę z którymś z wielkich jak Wajda, Hoffman, czy Morgenstern  nie miał większych trudności aby otrzymać główną rolę w kolejnych ich mega produkcjach. 

Oprócz kulis pracy na planie filmowym, poznajemy relacje Olbrychskiego z kobietami, jego przyjaciół i dalszych znajomych. Maryla Rodowicz, Gerard Depardieu, Edward Stachura - na stronach tej książki można spotkać każdego.
Oprócz tekstu głównego, który pisany jest w pierwszej osobie, mamy w książce liczne wypowiedzi znajomych i współpracowników aktora, na temat jego osoby oraz na temat akurat opisywanych zdarzeń. Wszyscy oczywiście wypowiadają się o Olbrychskim w samych superlatywach, a delikatna krytyka i tak obracana jest na jego korzyść.

Po przeczytaniu całej książki naszło mnie kilka konkluzji. Po pierwsze przytłoczył mnie ogrom filmów, które na stałe weszły do kanonu kinematografii polskiej w których Daniel Olbrychski grał główne role. Zaczynając od "Popiołów" poprzez Trylogię, "Wesele", "Ziemię Obiecaną", "Panny z Wilka", a kończąc na filmach zagranicznych takich jak chociażby "Blaszany bębenek" oraz "Nieznośna lekkość bytu". Wszystkie tu przeze mnie wymienione to ekranizacje wielkich dzieł literackich, a to przecież tylko ułamek jego dorobku. 

Po drugie natomiast, stwierdzam, że tak zupełnie prywatnie nie zaprzyjaźniłabym się z Olbrychskim. Od zawsze wiadomo mi było że jest on ekscentrykiem - chociażby afera z cięciem szablą obrazów. A po lekturze jego autobiografii tym bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu. Człowiek deklamujący wiersze przy byle okazji, chodzący po parapetach oraz przęsłach mostów, stający na rękach żeby zwrócić uwagę dziennikarzy na swoją osobę nie jest moim ulubionym typem. No ale nie o to chodzi, żeby lubić wszystkich i żeby oceniać pracę ludzi przez pryzmat ich osobowości. A dla aktora jego role są jego pracą, a te Danielowi Olbrychskiemu trzeba ocenić wysoko.

czwartek, 12 stycznia 2012

"RockMann" Wojciech Mann

Pierwsza w dorobku Wojciecha Manna książka jest bardzo ciepło napisaną, uroczą opowieścią o trudnych dla fana muzyki rozrywkowej latach minionego ustroju.

Jest to zbiór opowieści związanych z rockiem, głównie w wykonaniu zagranicznych gwiazd. Wojciech Mann wraz z Andrzejem Olechowskim, który wybrał potem karierę polityka, założyli w latach sześćdziesiątych klub miłośników Rock'n Rolla. Ponieważ było ich dwóch założycieli funkcję prezesa klubu podzielili na dwa obszary. I tak Mann został prezesem na zagranicę, a Olechowski na Polskę. Stąd zapewne przytłaczająca większość historii opisanych w książce dotyczy gwiazd zza Żelaznej Kurtyny.

Dzięki temu możemy przeczytać o tym jak The Animals uczestniczyli w typowej polskiej prywatce, a także o duecie Manna ze Stevie Wonderem. 

Książka zawiera także wspomnienia z polskich festiwali, na których Mann był konferansjerem- głównie w Sopocie. Opisuje on swoją przygodę z radiem, z telewizją z gazetą, czyli z przeróżnymi dziedzinami działalności dziennikarskiej jakich doświadczył.

Książka napisana jest bardzo lekko z niezawodnym, nienachalnym humorem. Ciekawym elementem są wstawki w formie wyliczanek, na przykład 5 najgorszych tekstów piosenek, czy 5 najbardziej pamiętnych koncertów. Polecam każdemu miłośnikowi muzyki, ale nie tylko.  Również wszystkim tym, którzy lubią czytać wspomnienia, a także poszukiwaczom przyjemnych książek na długie zimowe wieczory czy nawet na upalne dni na plaży.