piątek, 8 września 2017

"Zawód: powieściopisarz" Haruki Murakami


Od blisko piętnastu lat mam zamiar zapoznać się z twórczością Murakamiego, ale ciągle inne lektur zaprzątają moją uwagę. Mam wrażenie, że "Kroniki ptaka nakręcacza" to utwór, który będzie mi się podobał. Dlaczego jeszcze go nie przeczytałam? Sama nie wiem.

W międzyczasie jednak dostałam od wydawnictwa Muza zbiór esejów zatytułowany "Zawód: powieściopisarz" tegoż autora. Wydawałoby się, że nie jest to zbyt dobry początek na pierwsze kroki z pisarzem. Poznajemy jego styl, ale nie mamy do czynienia ze światem przez niego stworzonym. Nie mamy możliwości zaprzyjaźnić się z bohaterami, ani poczuć atmosfery którą autor zbuduje za pomocą słów. Mimo to, książka Murakamiego wspaniale zachęciła mnie do dalszego czytania jego utworów.

Stało się tak zapewne dzięki temu, że w swoich esejach autor opowiada nam o procesie twórczym. Poznajemy od podszewki historię stworzenia takich utworów jak debiutanckiego "Słuchaj pieśni wiatru", czy wydanej prze kilku laty powieści "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa". Dowiadujemy się nie tylko tego, jak Murakami zasiada do pisania i ile razy redaguje swoje teksty (choć jest to też ciekawe i wzbudza zasłużony podziw), ale również tego w jaki sposób autor stworzył swój styl i jak ewoluuje historia w trakcie jej zapisywania.

Murakami to prawdziwy mistrz rzemiosła w swoim zawodzie. Pisarstwo traktuje bardzo poważnie. Nie jest ono dla niego jedynie uzewnętrznianiem swojej weny twórczej, lecz ciężką pracą, w którą wkłada wiele energii. Swojej konsekwencji właśnie przypisuje to, że na rynku wydawniczym jest ważną osobistością już od blisko trzydziestu pięciu lat. Nie ogląda się na krytykę, ani też na nagrody literackie (chociaż tym ostatnim właśnie zawdzięcza swój debiut). Pisze tak jak podpowiada mu jego sumienie, nie poddając się negatywnym opiniom, które co jakiś czas pojawiają się na jego temat.

Książka "Zawód: powieściopisarz" podobała mi się bardzo. Przeczytałam ją w zasadzie w dwa popołudnia. Podoba mi się styl w jakim autor przekazuje czytelnikowi swoje racje. Nie filozofuje zanadto. W przystępny sposób wyraża swoje myśli. Nie wdaje się w polemikę ze swoimi antagonistami. Stara się przekazywać pozytywne emocje, bagatelizując ta negatywne, które gdzieś w pojedynczych akapitach wyrywają mu się czasem spod pióra.

Dla nas Polaków ciekawostką może być, że japoński powieściopisarz w swoim utworze cytuje naszego polskiego poetę Zbigniewa Herberta. Zresztą cytatów i odniesień do innych dzieł literatury, muzyki, czy też filmu w tej książce jest wiele. Świadczy to o dużym obeznaniu w dziedzinie szeroko pojętej kultury Murakamiego. Co tym bardziej zachęca mnie do bliższego poznania jego książek.

wtorek, 14 marca 2017

"Granice zła" Rebecca Griffiths



Mówią, że piorun nie trafia dwa razy w to samo miejsce. Ale czy aby na pewno? Gdzie jest granica zła, która może przytrafić się jednemu człowiekowi? A gdzie jest granica zła, które może wyrządzić jeden człowiek? Rebecca Griffiths napisała książkę, w której opisuje wydarzenia nie mieszczące się na mojej skali tolerancji.

Sarah na wieść, że z więzienia wychodzi jej porywacz i gwałciciel, zmienia nazwisko i wygląd. Wyjeżdża do małego walijskiego miasteczka. Odcina się od swojego dotychczasowego życia. Nie pozostawia po sobie śladu, zrywa kontakt ze swoją matką. Los chce, że kupuje wyremontowany budynek, w którym przed laty mieszkała dziewczynka wykorzystywana seksualnie przez ojca i braci. Idris jeden z tych braci, ciągle żyje i mieszka w sąsiedztwie. Chyba nie muszę wspominać, że młoda piękna nieznajoma wzbudzi w nim duże zaciekawienie.

Ale to nie koniec problemów emocjonalnych Sarah vel Rachel. Jest ona po rozwodzie, a o szczegółach jej małżeństwa i powodach, dla których nie otrzymała ona opieki nad córką dowiadywać będziemy się powoli w trakcie lektury. Niedawno zmarł jej ociec, z którym była bardzo mocno związana, a z matką jej relacje, które nigdy nie były najcieplejsze, ochładzały się coraz bardziej, aż do momentu ich całkowitego zerwania.

Książka napisana jest narracją w czasie teraźniejszym w trzeciej osobie. Jest to coś co akurat mi bardzo nie odpowiada. Dlatego też trudno mi było wejść całą sobą w tę historię. Ale patrząc na fabułę trochę się z tego cieszę. Nie chciałabym nigdy zbliżyć się do przeżywania wydarzeń opisywanych w książce. Były one tak bardzo mroczne, takie przygnębiające, balansujące na granicy zła, które zdolny jest znieść człowiek.

Jako kryminał książka spisała się świetnie. W momencie, gdy wszystko zaczęło układać się w spójną całość, a ja jako czytelnik już myślałam, że rozgryzłam autorkę i jej pomysł na tę historię, wszystko jeszcze raz zostało wywrócone do góry nogami. Zakończenie zaskoczyło mnie bardzo, a przecież o to chodzi w dobrym kryminale. A fakt mrocznego klimatu i zupełnie nie pasującej mi narracji to moje, bardzo subiektywne wrażenia, które nie każdy ze mną podzieli.

poniedziałek, 6 marca 2017

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk


Zrobiło się ostatnio głośno o tej książce, a to za sprawą jej ekranizacji, nakręconej przez Agnieszkę Holland pod tytułem "Pokot". Z plakatów filmowych spogląda na nas pół pies, pół wilk, przykuwając uwagę i budząc niemały niepokój. Dlaczego właśnie taki plakat? Po przeczytaniu książki tak na prawdę nie jestem w stanie odpowiedzieć.

Janina Duszejko żyje samotnie na płaskowyżu rozciągającym  się powyżej Kłodzka. Śmierć jednego z jej dwóch sąsiadów rozpoczyna cykl niezwykłych zdarzeń. W okolicy giną kolejni mężczyźni. A pani Duszejko ma swoją niecodzienną teorię na temat rozgrywających się wydarzeń. Dzięki umiejętności stawiana horoskopów, wysnuła ona teorię, że za wszystkie śmierci odpowiedzialnie są zwierzęta, które mszczą się na kłusownikach i myśliwych.

Pod względem kryminalnym historia stworzona przez Tokarczuk jest wręcz genialna. Do samego końca nie spodziewałam się takiego rozwiązania, jakie zgotowała nam autorka. Co prawda, nie bardzo  w ogóle szukałam mordercy. Tokarczuk odciąga czytelnika od wątku kryminalnego licznymi dygresjami dotyczącymi horoskopów, poezji Blake'a, Dolegliwości głównej bohaterki. Dzięki temu jesteśmy tak samo skołowani jak policja prowadząca śledztwo. Wcale nie spodziewamy się tego, że tajemnica kiedyś zostanie rozwiązana.

Ale właśnie te dygresje, tworzą drugą warstwę książki, która wysuwa się na jej czoło, sprawiając że wcale nie mamy do czynienia ze zwykłym kryminałem. Są tutaj rozważania filozoficzne dotyczące miejsca zwierząt w świecie zdominowanym przez człowieka. Obrona prawa do godnego życia każdego oddychającego stworzenia. Momentami Tokarczuk popada w fanatyzm ekologiczny, który wcale nie jest tak bardzo mi bliski. Nie jestem w stanie do końca utożsamić się z panią Duszejko, gdyż, choć budzi on wiele sympatii, wygaduje czasem zbyt wiele niedorzeczności. Zastanawiam się, czy to zabieg celowy? Czy może faktycznie autorka podziela opinię postaci którą stworzyła? 

Ja jestem raczej racjonalistą w kwestii ochrony natury. Jak najbardziej ją popieram, ale nie kosztem istnienia człowieka. Dlatego też pod tym względem książka nie do końca do mnie przemówiła. Ale myślę że dla każdego wojującego ekologa, może to być dzieło pod każdym względem doskonałe.

piątek, 10 lutego 2017

"Igraszki z losem" Agata Kołakowska


Z autorką spotkałam się już wcześniej, za sprawą jej powieści "Niewypowiedziane słowa". Tym razem mamy do czynienia z książką bardziej obyczajową - niewiele w niej o miłości, więcej o samotności, rozczarowaniu i smutnej codzienności.

Leszek prowadzi wraz z matką mały sklepik z pieczywem i ciastkami położony na hali targowej. Jego życie uczuciowe legło w gruzach kilka lat wcześniej, wraz z odejściem Magdy. Nie czuje się spełniony zawodowo, żyje samotnie i nie widzi sposobu, na to aby zmienić swoją egzystencję. Gdy pewnego dnia cygana wróży mu, iż ma moc przemieniania losu innych, jego myśli zaczynają krążyć wokół kilku kobiet z jego otoczenia, którym jak dotąd nie wiodło się najlepiej. Jak potoczą się dalsze losy Mirelli, Ady i Ireny, o które Leszek postanowił zadbać dzięki swojemu darowi? Zobaczcie sami, ale powiem wam, że autorka wcale nie idzie na łatwiznę.

Wydawałoby się, że jest to książka dotknięta realizmem magicznym - wszak mamy tutaj przepowiednie, mamy cudowny dar, a wszystko to w scenerii najzwyklejszego polskiego miasta. Niestety to wcale nie ten gatunek. Ta odrobina magii opisana w książce jest tak bardzo pozbawiona tajemniczości i czaru, jest zupełnie zwyczajna i prozaiczna. Nie wiąże się z żadnym rytuałem, nie ma gromów z nieba, Leszek nie jest też wcale nikim wyjątkowym. Jest to tylko zabieg literacki, który ma na celu podkreślić jak pokrętne bywają ludzkie losy.

Wszystkie opisane w książce historie są bardzo ciekawe. Do samego końca nie jesteśmy pewni jak zakończą się losy trzech bohaterek i Leszka. Ich perypetie choć tak zwyczajne, że mogłyby się wydarzyć w sąsiedztwie  każdego z nas, budzą zainteresowanie. Postacie są bardzo plastycznie przedstawione, dlatego też pomimo, że każda z kobiet jest zupełnie inna, kibicujemy im wiernie, w ich zmaganiach z problemami.

Niewątpliwie Agata Kołakowska pisze solidną literaturę obyczajową. Jednak jej niebanalne historię przepełnione są smutkiem i melancholią. Choć zawsze przebija przez nie promyczek nadziei, dla mnie to trochę za mało. W literaturze lubię oderwać się od codzienności, powędrować w zakątki nieznane i ekscytujące. Doznać emocji, które są dla mnie jedynie wspomnieniem. Poczuć coś niezwykłego. Tego w "Igraszkach losu" nie znalazłam. Ale dla wszystkich miłośniczek prawdziwych historii z życia wziętych ta książka to strzał w dziesiątkę

czwartek, 29 grudnia 2016

"Niewierni" Vincent V. Severski


Drugi tom cyklu "Nielegalni"

Znani nam już z pierwszego tomu bohaterowie pracujący dla polskiej Agencji Wywiadu muszą rozwiązać zagadkę tajemniczych spotkań Koreańczyków z Irlandczykami odbywających się na terenie naszego kraju. W międzyczasie trwa obława na Karola Hammonda, z którym również spotkaliśmy się w pierwszej części, a który to obecnie stanie się spoiwem całej historii.

Tak jak w pierwszej z książek cyklu, mamy tutaj kilka wątków, z pozoru od siebie w zupełności oderwanych, które zbliżają się do siebie w miarę rozwoju akcji. Fabuła jest bardzo dynamiczna, a wydarzenia rozgrywają się w wielu, czasem bardzo od siebie odległych miejscach: Austria, Szwecja, Rosja, Litwa no i oczywiście Polska. Wydawałoby się, że przy takim rozmachu nie będzie nudy. Niestety autor ma swoje przydługie momenty.

W przypadku "Niewiernych", tak jak sam tytuł wskazuje, warstwa psychologiczna książki to przede wszystkim rozważania na temat fanatyzmu religijnego i motywach postępowania współczesnych muzułmańskich terrorystów. Dla mnie osobiście znacznie ciekawsze były kwestie dotyczące nielegałów, które Severski poruszył w pierwszym tomie, choć trzeba przyznać że "Niewierni" są znacznie bardziej na czasie. Jednak ja nie potrafię utożsamić się ze sposobem myślenia opisanych w książce ludzi, nie mam takich jak oni poglądów, nawet nie potrafię wywołać w sobie odrobiny empatii w stosunku do nich. I choć autor starał się bardzo być obiektywnym i opisać w stu procentach oddanego sprawie Karola jako osobę która można polubić, czy nawet szanować, ja nie czułam się dobrze z tym wątkiem.

Zapewne dlatego też odebrałam tę książkę jako nieco słabszą niż "Nielegalni". Teraz przede mną "Nieśmiertelni", a następnie czwarta - ostatnia część: "Niepokorni", która wyszła w ubiegłym miesiącu. Podobno obie bardzo dobre. Więc szkoda czasu dalsze rozważania. Zabieram się za czytanie.

wtorek, 13 grudnia 2016

"Dziennik z podróży do Rosji" John Steinbeck


Johna Steinbecka chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jego działa takie jak "Grona gniewu", "Na wschód od Edenu" czy "Myszy i ludzie" znane są na całym świecie. Ale drugi bohater tej książki Robert Capa dla mnie przynajmniej był obcy. Czego żałuję niezmiernie, jednocześnie ciesząc się, że udało mi się wreszcie zapoznać z jego pracami.

Robert Capa (z aparatem) i John Steinbeck
Steinbeck - pisarz, oraz Capa - fotograf tuż po zakończeniu II Wojny Światowej wyjeżdżają do sowieckiej Rosji, aby opisać ją z perspektywy zwykłego obywatela. Jest to czas początków zimnej wojny, kiedy to Amerykanie uważani są za wrogów Rosji, a Rosjanie wrogów Ameryki. Czego więc nasi podróżnicy szukają we wrogim im kraju? Na pewno nie tego, czego szukają wszyscy inni reporterzy, piszący wprost z Rosji.

Steinbeck bardzo mocno odcina się od wszelkich spraw związanych z polityką. Dlatego też, w książce nie znajdziemy ani słowa na temat stalinowskich zbrodni, prześladowania ludności czy szpiegowskich afer - żadnych aluzji, żadnych ukrytych znaczeń. Autor opisywać będzie jedynie to, co zostanie mu pokazane. A ponieważ oprowadzany był przez Rosjan, w książce mamy całkiem wesoły obraz ówczesnego Związku Radzieckiego.

Scenki z ukraińskiej wsi, powoli budzącej się do życia po przejściu frontu wojennego, ruiny Stalingradu, gdzie fabryki nie przestawały pracować pomimo długotrwałego oblężenia, wspaniałe krajobrazy orientalnej Gruzji, ze starożytnymi świątyniami, plantacjami herbaty i luksusowymi kurortami, a także monumentalna Moskwa uwielbiająca swojego wodza Józefa Stalina. Czy to tylko propagandowy obrazek, który starannie został wyreżyserowany i pokazany zagranicznym korespondentom? Tak i autor jest tego świadomy, ale nie komentuje, nie rzuca swoimi opiniami. Pisze tylko o tym co widzi. A widzi także ohydne socjalistyczne dzieła sztuki, widzi głupotę biurokratycznych procedur, widzi zakłamanie w obrazie przedstawiającym zachodnie kraje.

Jaka jest największa zaleta tej książki? Jej humor. Zdawałoby się, że temat podjęty przez autora będzie mocno dołujący, ale Steinbeck z niebywałą klasą podołał nieco drażliwej kwestii o której pisał. Z dystansem podchodził zarówno do socjalistycznego ustroju, jak i do siebie i swojego towarzysza w podróży. Historia opisana jest bardzo barwnym i lekkim językiem, a wydarzenia są zajmujące i budzące ciekawe. Prawdziwą wisienką na torcie są zdjęcia Roberta Capy. Dla nas Polaków niezbyt egzotyczne, wręcz przeciwnie, wzbudzające nostalgię i wspomnienia o naszych dziadkach.

niedziela, 24 lipca 2016

"Japoński kochanek" Izabel Allende


Po literaturę pisaną przez autorów rodem z Ameryki Południowej zawsze sięgam z wielkim zapałem. Izabel Allende znam z jej doskonałej powieści "Dom duchów". Dlatego też, lekturę "Japońskiego kochanka" rozpoczęłam z wielkimi nadziejami na to, że czeka mnie uczta czytelnicza.

W domu spokojnej starości pracę rozpoczyna Irina Bazili, emigrantka z  Mołdawii - młoda dziewczyna, która wiedzie podejrzanie samotne życie. Swoim ujmującym charakterem szybko podbija serca pensjonariuszy, a zwłaszcza Almy Belasco - zamożnej damy, która w Lark House zamyka się dobrowolnie, uciekając przed życiem, które wiodła do tej pory. Irina wkrótce zostaje osobistą asystentką Almy i wraz z jej wnukiem Sethem, będzie zgłębiać przeszłość swojej chlebodawczyni.

Początek książki był na prawdę bardzo obiecujący. Część wprowadzającą czytało mi się płynnie i z przyjemnością. Schody rozpoczęły się w chwili, gdy autorka wprowadza do fabuły retrospekcje z życia Almy Belasco. Nagle ze Stanów Zjednoczonych dwudziestego pierwszego wieku, przenosimy się do Warszawy roku 1939. A następnie podążamy historiami z życia Almy, przeplatanymi rozdziałami dziejącymi się współcześnie. Nie byłby to wcale taki zły zabieg stylistyczny, gdyby autorka nie przedobrzyła z ilością tematów, które poruszyła w tak krótkiej (raptem 300 stron) książce.

Momentami, czytając czułam się jakbym oglądała miks reportaży z telewizji śniadaniowej. Krótkie, pobieżnie poruszenie całkiem poważnego problemu i lecimy dalej, gdyż tak wiele jest jeszcze do powiedzenia. Holocaust Żydów w trakcie II Wojny Światowej, internowanie ludności Japońskiej mieszkającej w USA po ataku na Pearl Harbor, związki pomiędzy przedstawicielami różnych ras widziane z perspektywy lat pięćdziesiątych XX w., homoseksualizmy w tym samym czasie wydarzeń,  pedofilia i wykorzystywanie nieletnich do kręcenia filmów pornograficznych, bieda w republikach powstałych po rozpadzie Związku Radzieckiego, a nawet adopcja zwierząt, które w przeszłości były poddane bestialskiemu traktowaniu - a zapewniam was, że to nie wszystkie ważne tematy, które autorka wspomniała w "Japońskim kochanku". 

Każda z poruszonych kwestii mogłaby być podstawą do napisania osobnej powieści, a Allende jak wcześniej już pisałam pobieżnie wspomniała o niej w książeczce, którą na dobrą sprawę można byłoby przeczytać w dwa popołudnia. I pomimo tego, że tak doświadczona jak ona autorka stylem i konstrukcją nie zawodzi wiernych swoich czytelników,  tak fabuła "Japońskiego kochanka" jest mocno rozczarowująca.